Historia Piotra
Nazywam się Piotr, mieszkam w Radomsku - choruję na przewlekłe, wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW C). O chorobie wiem od sierpnia 2009 roku.
Chciałbym przedstawić moją historię.
Kilka lat obserwowałem, że coś niedobrego dzieje się z moim zdrowiem. Miałem bardzo uciążliwe bóle w stawach, regularnie pojawiające się skrajne zmęczenie, na które reagowałem wielogodzinnym snem bez względu na porę dnia i nocy. Zgłaszałem się do lekarzy pierwszego kontaktu z w/w objawami - otrzymywałem zlecenia na badanie ogólne krwi + OB Zazwyczaj słyszałem wypowiedzi: jest pan młody rozwija się pan, może być różnie z moim samopoczuciem. W późniejszym czasie dołączyła do objawów gorączka - wtedy otrzymywałem od lekarza pierwszego kontaktu podejrzanie duże ilości antybiotyków - po czym czułem się jeszcze gorzej.
Był już rok 2009 – miałem dość tak dziwnego traktowania mojej osoby i postanowiłem, że zrobię ,,wszystko co jest możliwe z krwi” W tym celu udałem się prywatnie do laboratorium, gdzie wykonano analizę mojej analizy. Gdy odbierałem wyniki, otrzymałem naglące polecenie, abym z wynikami udał się jak najszybciej do lekarza pierwszego kontaktu, ponieważ są bardzo niepokojące. Wówczas lekarz pierwszego kontaktu zlecił mi badania na obecność żółtaczki typu B - okazało się, że wynik był negatywny po czym zlecił wykonanie analizy na obecność wirusa żółtaczki typu C Wynik potwierdził obecność wirusa żółtaczki typu C. To był szok dla mnie i dla mojej rodziny. Byłem 3 razy w życiu hospitalizowany. Miałem wykonywane standardowe szczepienia ochronne - tak jak każdy przeciętny człowiek. Chodziłem do różnych szkół, bywałem u fryzjerów, dentystów - i zupełnie nie wiedziałem, że jestem zarażony żółtaczką typu C. Zacząłem się zastanawiać: kiedy to się stało? Jak długo już jestem chory? Moja historia zaczęła się toczyć już zupełnie inaczej. Mianowicie, otrzymałem informację od lekarza pierwszego kontaktu (lekarza który przejął się moją sytuacją), do kogo i gdzie powinienem się udać. Po wizycie u znanego specjalisty w dziedzinie chorób zakaźnych i po wykonaniu dodatkowych badań kwalifikacyjnych, w tym również biopsji wątroby, po kilkumiesięcznym oczekiwaniu - zostałem zakwalifikowany do leczenia Programem Narodowego Funduszu Zdrowia. Była to terapia tzw. skojarzona Interferonem Pegylowanym z Rybawiryną. Zostałem objęty leczeniem w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Dr. Wł. Biegańskiego w Łodzi w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Program NFZ - u, jest jedynym sposobem i szansą na powrót do zdrowia - z tego co już wiem, nie ma innej alternatywy leczenia - tylko to, bardzo niebezpiecznymi i toksycznymi dla organizmu preparatami, które nie daje stu procentowej gwarancji na wyleczenie. W trakcie (około 8 miesięcy) i po terapii ratującej życie, organizm mój jest skrajnie wycieńczony i boryka się z poważnymi skutkami ubocznymi działania leków. Mój powrót do zdrowia wymaga długiego i kosztownego leczenia, po którym niezbędny jest okres rekonwalescencji. Niestety, o utrzymanie mojego organizmu w formie pozwalającej na funkcjonowanie w społeczeństwie tj. pracować, uczyć się, żyć jak inni muszę zadbać oczywiście prywatnie. Nie przysługuje mi nawet renta: w opinii ZUS-u jestem zdolny do pracy.
Opłacenie niektórych badań, produktów leczniczych, odżywek wspomagających leczenie, składników diety niezbędnej do stosowania w celu poprawy i utrzymania optymalnego stanu zdrowia, kosztów podróży do placówek medycznych, konsultacji medycznych, w tym również w dziedzinie psychiatrii, środków opatrunkowych, muszę zadbać o to wszystko we własnym zakresie. Okazało się, że jest to bardzo kosztowne i nie łatwe zadanie mimo, pomocy najbliższych. Do dziś nie wiem kiedy zaraziłem się, ponieważ jest to niezwykle trudne do określenia. Wiem jedynie, że musiało to nastąpić około roku 88’ w jakimś szpitalu, w którym byłem hospitalizowany – era szklanych strzykawek w służbie zdrowia.
Znalazłem sposób jak mimo wszystko stanąć na nogach i żyć jak inni nie zakłócając przebiegu leczenia farmakologicznego. Służba zdrowia nie jest nastawiona jako taka na szczerą pomoc z zaangażowaniem – wiemy o tym wszyscy. Ludzie chorzy i naprawdę potrzebujący w tym kraju są jedynie numerkami na liście do „leczenia”. Nie mam tu na myśli „głaskania” ludzi i pocieszania, ale prawdziwe zaangażowanie. Medycyna naturalna zaś – to już zupełnie inna historia /:)
Jeżeli ktokolwiek chciałby wymienić ze mną zdania, spostrzeżenia, uwagi to udostępniam mój adres e-mail: piotr.dlubak@gmail.com.
Chciałbym przedstawić moją historię.
Kilka lat obserwowałem, że coś niedobrego dzieje się z moim zdrowiem. Miałem bardzo uciążliwe bóle w stawach, regularnie pojawiające się skrajne zmęczenie, na które reagowałem wielogodzinnym snem bez względu na porę dnia i nocy. Zgłaszałem się do lekarzy pierwszego kontaktu z w/w objawami - otrzymywałem zlecenia na badanie ogólne krwi + OB Zazwyczaj słyszałem wypowiedzi: jest pan młody rozwija się pan, może być różnie z moim samopoczuciem. W późniejszym czasie dołączyła do objawów gorączka - wtedy otrzymywałem od lekarza pierwszego kontaktu podejrzanie duże ilości antybiotyków - po czym czułem się jeszcze gorzej.
Był już rok 2009 – miałem dość tak dziwnego traktowania mojej osoby i postanowiłem, że zrobię ,,wszystko co jest możliwe z krwi” W tym celu udałem się prywatnie do laboratorium, gdzie wykonano analizę mojej analizy. Gdy odbierałem wyniki, otrzymałem naglące polecenie, abym z wynikami udał się jak najszybciej do lekarza pierwszego kontaktu, ponieważ są bardzo niepokojące. Wówczas lekarz pierwszego kontaktu zlecił mi badania na obecność żółtaczki typu B - okazało się, że wynik był negatywny po czym zlecił wykonanie analizy na obecność wirusa żółtaczki typu C Wynik potwierdził obecność wirusa żółtaczki typu C. To był szok dla mnie i dla mojej rodziny. Byłem 3 razy w życiu hospitalizowany. Miałem wykonywane standardowe szczepienia ochronne - tak jak każdy przeciętny człowiek. Chodziłem do różnych szkół, bywałem u fryzjerów, dentystów - i zupełnie nie wiedziałem, że jestem zarażony żółtaczką typu C. Zacząłem się zastanawiać: kiedy to się stało? Jak długo już jestem chory? Moja historia zaczęła się toczyć już zupełnie inaczej. Mianowicie, otrzymałem informację od lekarza pierwszego kontaktu (lekarza który przejął się moją sytuacją), do kogo i gdzie powinienem się udać. Po wizycie u znanego specjalisty w dziedzinie chorób zakaźnych i po wykonaniu dodatkowych badań kwalifikacyjnych, w tym również biopsji wątroby, po kilkumiesięcznym oczekiwaniu - zostałem zakwalifikowany do leczenia Programem Narodowego Funduszu Zdrowia. Była to terapia tzw. skojarzona Interferonem Pegylowanym z Rybawiryną. Zostałem objęty leczeniem w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Dr. Wł. Biegańskiego w Łodzi w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Program NFZ - u, jest jedynym sposobem i szansą na powrót do zdrowia - z tego co już wiem, nie ma innej alternatywy leczenia - tylko to, bardzo niebezpiecznymi i toksycznymi dla organizmu preparatami, które nie daje stu procentowej gwarancji na wyleczenie. W trakcie (około 8 miesięcy) i po terapii ratującej życie, organizm mój jest skrajnie wycieńczony i boryka się z poważnymi skutkami ubocznymi działania leków. Mój powrót do zdrowia wymaga długiego i kosztownego leczenia, po którym niezbędny jest okres rekonwalescencji. Niestety, o utrzymanie mojego organizmu w formie pozwalającej na funkcjonowanie w społeczeństwie tj. pracować, uczyć się, żyć jak inni muszę zadbać oczywiście prywatnie. Nie przysługuje mi nawet renta: w opinii ZUS-u jestem zdolny do pracy.
Opłacenie niektórych badań, produktów leczniczych, odżywek wspomagających leczenie, składników diety niezbędnej do stosowania w celu poprawy i utrzymania optymalnego stanu zdrowia, kosztów podróży do placówek medycznych, konsultacji medycznych, w tym również w dziedzinie psychiatrii, środków opatrunkowych, muszę zadbać o to wszystko we własnym zakresie. Okazało się, że jest to bardzo kosztowne i nie łatwe zadanie mimo, pomocy najbliższych. Do dziś nie wiem kiedy zaraziłem się, ponieważ jest to niezwykle trudne do określenia. Wiem jedynie, że musiało to nastąpić około roku 88’ w jakimś szpitalu, w którym byłem hospitalizowany – era szklanych strzykawek w służbie zdrowia.
Znalazłem sposób jak mimo wszystko stanąć na nogach i żyć jak inni nie zakłócając przebiegu leczenia farmakologicznego. Służba zdrowia nie jest nastawiona jako taka na szczerą pomoc z zaangażowaniem – wiemy o tym wszyscy. Ludzie chorzy i naprawdę potrzebujący w tym kraju są jedynie numerkami na liście do „leczenia”. Nie mam tu na myśli „głaskania” ludzi i pocieszania, ale prawdziwe zaangażowanie. Medycyna naturalna zaś – to już zupełnie inna historia /:)
Jeżeli ktokolwiek chciałby wymienić ze mną zdania, spostrzeżenia, uwagi to udostępniam mój adres e-mail: piotr.dlubak@gmail.com.







